Czy rodzina cukrzyka może jeść słodycze?
„Kto się przezywa, sam się tak nazywa” – to przysłowie nie pasuje do małżeństwa z cukrzykiem. Zupełnie.
Słodkie przezwiska
Jeśli Ona jest tą „słodką połówką” to ja dla odróżnienia prawdopodobnie jestem „gorzki” (lub robaczywy). Jeśli Ona jest „rodzinnym cukiereczkiem” to ja przy odrobinie szczęścia jestem nazywany… „chipsem”, bo przecież nie „ciachem”, ale gdy dam się lubić, to może nawet pomyślą, że moja obecność jest dla rodziny lekkostrawna. A gdyby tak moje wypowiedzi nie posiadały moralistycznych konserwantów i nieszczerych sztucznych barwników (czytaj: wymuszonych komplementów), może i nadadzą mi tytuł EKO. Szczerze mówiąc już wolę być „chipsem” niż „kiszonym ogórkiem”.
Liczenie słodkości
Gorzej, jeśli cukrzyka określę jako „moją krówkę ciągutkę”. Najczęściej bowiem słyszę wtedy, że jestem po prostu „świnią”. Nie mam wówczas odwagi dyskutować, że „świnia” jest rodzaju żeńskiego i że przeciwieństwem „krówki ciągutki” powinien być np. „twardogłowy dzięcioł”. Takiemu „dzięciołowi” zawsze można powiedzieć: „weź się puknij, zanim coś powiesz”. No, ale z „hipkiem” (od hipoglikemii ma się rozumieć) się nie dyskutuje. Dla „hipka” jestem tylko konkurentem przy wodopoju (butelce ze słodką Colą), bądź otępiałym „bawołem”, który potrafi tylko bezmyślnie pożerać całe słodkie zasoby naszych szuflad. Oprócz wspomnianej „świni”, występuję też w roli „osła” (nie tylko podczas jasełek), „ryczywoła” (gdy śpiewam w łazience), „leniwca” (gdy odpoczywam po kolejnym ciężkim meczu polskiej reprezentacji), „mrówkojada” (gdy dojadam okruszki ze stołu, bo oczywiście u cukrzyka wszystko jest tak wyliczone, że normalny człowiek nie ma szans się najeść) i naturalnie „chomika”.
Polecamy: Dieta w cukrzycy - z czym to się je?
Podobne artykuły: | Polecamy: |



