Życie miłosne cukrzyka
Wieczór we dwoje
W pewnym sensie to nie wypada. Rzecz dzieje się bowiem na gruncie bardzo osobistym. Gdyby to był hotel, wywiesilibyśmy karteczkę „NIE PRZESZKADZAĆ” i byłby spokój. Miejsce akcji jest jednak nieco mniej „ą-ę”. Blokowisko, niski parter z widokiem na parking. All inclusive, mucha nie siada. Nie narzekam. Jeśli film jest naprawdę dobry, mogę go oglądać na drewnianym, składanym krześle. A co dopiero, gdy mówimy, no wiecie, o chwilach, w których… film schodzi na drugi plan, że tak powiem.
Zauważyliście, że sztuka, o której w zawoalowany sposób mówię, najlepiej wychodzi, gdy nie ma widowni? Ciekawe. Muszę się też przyznać, że uwielbiam zdanie, które składa się w swojej zewnętrznej warstwie jedynie z czasownika w liczbie mnogiej, ale niesie ze sobą tak wiele napięcia i radości, będąc obietnicą tej chwili, na którą oboje czekamy, że za każdym razem wydaje mi się, iż słyszę je po raz pierwszy. A nie ma to jak ten pierwszy raz. Prawda?
Zdanie niby oczywiste, ale dla nas brzmi jak wygrana w totka. A brzmi ono tak: „ŚPIĄ”. Chodzi oczywiście o naszą czwórkę dzieci. Wieczór, świeczka na stole, wino odkorkowane, frywolne fatałaszki (mimo to 100% bawełny) zakładamy raz dwa, a te spojrzenia, mruczenia i dowcipkowanie… jakbyśmy się w sobie zakochali dopiero wczoraj. I właśnie wtedy, w takim cud-momencie, pompa (insulinowa rzecz jasna, bo inna działała) zaczęła wydawać dźwięki, jakby za chwilę miała wybuchnąć. Czar prysł. Glukometr, kilka sekund i wszystko jasne. Dren się zapchał, cukier 400 i tyle w temacie.
Jak miało być…
Zaplanowaliśmy ten wieczór perfekcyjnie, miało być nastrojowo, czule, no i przede wszystkim – chyba nie muszę tego mówić – mieliśmy, wiecie… przy przygaszonym świetle, przytuleni… zjeść bez świadków dwie paczki chipsów (po jednej na głowę) i obejrzeć długo odkładany film. A Wy myśleliście, że co?
Podobne artykuły: | Polecamy: |



